About Anne Bonny
Pierwszą rzeczą, jaką zauważyłem, była cisza. Nie dokładnie cisza — tylko łagodne uderzanie wody o kadłub, gdy świt rozlewał się nad Wayag, niebo stawało się bladoróżowe za tymi ostro wyciętymi wapiennymi wyspami. Wyszedłem boso na pokład, owinięty cienkim sarongiem, i zobaczyłem, że załoga już przygotowuje dinghy. Żadnych krzyków, żadnego pośpiechu. Tylko cicha gotowość. Przybyliśmy późno poprzedniego wieczoru, zmęczeni lotem do Sorong i wyboistym transferem na Anne Bonny. Ale do wschodu słońca Raja Ampat było już całkowicie rozbudzone, podobnie jak ja.
Anne Bonny jest mała — tylko jedna kabina, więc albo wynajmują ją Państwo prywatnie, albo dołączają do starannie dobranej grupy. Było nas łącznie dziewięć osób, włączając załogę, co oznaczało, że przestrzeń nigdy nie wydawała się ciasna. Łódź ma 30 metrów długości, drewniana, tradycyjna w projekcie, ale wyraźnie dobrze utrzymana. Nasz nakhoda, Pak Yusuf, miał sposób czytania pływów, jakby się w nich wychował. Pierwszy pełny dzień spędziliśmy przeplatając się przez sam środek archipelagu — od kultowego punktu widokowego na szczycie Wayag, gdzie laguna rozciąga się jak roztrzaskane lustro, do cichej zatoki w pobliżu Arborek, gdzie snorkelowałem z młodym wobbegongiem pod pomostem. Załoga ustawiła na plaży stół ze świeżą papają i wodą kokosową, bez fanfar.
Nurkowanie było rytmem wyprawy. Dwa nurkowania dziennie, z przewodnikiem, ale nigdy w pośpiechu. Widzieliśmy karłowate koniki morskie w gąbkach rurowych u wybrzeży Dampier Strait, a podczas drift dive w pobliżu Mioskon ławica barrakud zmaterializowała się z błękitu jak nagła burza. Łódź wyposażała wszystko — regulatory, BCD, nawet pianki 3 mm — a wszystko było płukane i gotowe każdego wieczoru. Zabrałem własną maskę i płetwy, ale świadomość, że jest zapas, miała znaczenie, gdy drugiego dnia pękł mi o-ring. Żadnego dramatu, tylko wymiana i powrót do wody.
Posiłki pojawiały się trzy razy dziennie, serwowane na pokładzie pod płócienną markizą. Śniadanie to zwykle naleśniki bananowe lub smażony ryż ze smażonym jajkiem, mocna lokalna kawa w emaliowanych kubkach. Lunch to cokolwiek załoga wyciągnęła z wody tego ranka — słodki makrela jednego dnia, krewetki następnego — serwowane z sałatką ogórkową i ryżem na parze. Wieczory były cichsze. Jedliśmy, patrzyliśmy, jak niebo ciemnieje nad wyspą Gam, i rozmawialiśmy o tym, co widzieliśmy. Wi-Fi działało, wolno, ale większość z nas przestała sprawdzać po pierwszym dniu. Nie było potrzeby. Łódź miała małą bibliotekę książek do identyfikacji ryb i system głośnikowy, który jednego wieczoru grał Felę Kutiego, gdy płynęliśmy między wyspami. Wydawało się to przypadkowe, doskonałe.
Ostatniego ranka zakotwiczyliśmy przed Cape Kri. Nie do nurkowania — po prostu siedzieliśmy na dziobie i patrzyliśmy, jak rafa ożywa, gdy słońce uderza w wodę. Kilku z nas wskoczyło do ostatniego pływania, ale przeważnie tylko unosiliśmy się, patrząc w dół na ogrody koralowe. Nikt nie chciał się pakować. Załoga zachowała ciszę, dając nam przestrzeń. Gdy nadszedł czas odejścia, pomogli nam wsiąść do dinghy z tym samym spokojnym skupieniem, które mieli pierwszego dnia. Z powrotem na lądzie hałas Sorong wydawał się niepokojący, zbyt szybki. Ciągle odwracałem się, by spojrzeć na łódź, wciąż unoszącą się tam, gdzie ją zostawiliśmy, już czekającą na kolejną załogę marzycieli.










