About Mermaid I
Pamiętam pierwsze poranne światło padające na pokład – złote, ciche, tylko skrzypienie drewna i odległy śpiew ptaków nad Wayag. Powietrze było nasycone solą i czymś zielonym, jak mchy na skałach po deszczu. Zakotwiczyliśmy późnym wieczorem, a ja wyszedłem boso na ciepły tek, owinięty cienkim kocem. Łódź czuła się solidnie – 28 metrów kadłuba, które zasłużyły sobie na miejsce w tych wodach. Było nas niewielu, bez tłumów, tylko garstka nurków i pływaków, którzy przybyli po serce koralowe Raja Ampat.
Mermaid I nie woła o luksusie, ale żyje nim cicho. Nasza kabina była jedną z ośmiu – proste wykończenie z drewna, prawdziwe łóżko z prasowaną pościelą i prywatna łazienka z ciepłą wodą, która rzeczywiście działała. Bez klimatyzacji, ale bryza z Morza Arafury przepływała przez okienka całą noc. Dni spędzaliśmy na przeskakiwaniu między grupami wysp: Cape Kri o świcie, gdzie rafa opadała w niebieską głębinę, a fusylery ustawiały się jak srebrny drut; potem Arborek Jetty, gdzie unosiłem się nad anemonami z rybkami klovnami, a maleńki seahorse trzymał się koralu nie większego niż kciuk.
Pewnego popołudnia zakotwiczyliśmy niedaleko Piaynemo. Przewodnik wskazał w górę: „Można wejść na punkt widokowy albo zostać i pływać z wobbegongami pod łodzią”. Wybraliśmy wodę. Wisieliśmy przy drabince, obserwując brązowego wobbegonga, który powoli oddychał pod kadłubem, jego usta otwierały się i zamykały jak miech. Później wspięliśmy się po kamiennych schodach na szczyt karstu. Z góry laguna wyglądała jak sieć turkusowych kałuż przyszytych między porośnięte mchem wapienniki. Była trzecia, słońce wysoko, a cienie wysp rozchodziły się w dół jak koralowe wachlarze.
Na pokładzie kuchnia napełniła się zapachem czosnkowych krewetek i parzonego ryżu. Posiłki serwowano w formie rodzinnej na górnym pokładzie – pieczony ryb z rafy, sałatka z papai, świeży ananas. Załoga, wszyscy Indonezyjczycy, płynnie poruszała się między kuchnią, platformą do nurkowania a mostkiem. Jeden z nich, Pak Ade, żeglował tymi szlakami od 14 lat. Pokazywał nam, jak odróżnić rybę krokodylią od ryby lwią po kształcie płetw piersiowych. Krokodyli nie widzieliśmy, ale przejechaliśmy obok długiej łodzi koło Sawinggrai, gdzie rodzina machała nam z przymocowanego do palów domu pod strzechą.
Nasz ostatni pełny dzień przypadł na Cieśninę Dampier. Nurkowaliśmy w Mioskon, opadającej rafie, gdzie papuznice z głową jak młot pływały stadami po dwadzieścia. Prąd wzmógł się w połowie zanurzenia, a my dryfowaliśmy obok olbrzymich skorupiaków i ścian z korali gorgonii. Wypływając, łódź już na nas czekała, załoga pochylona z płetwami i ręcznikami. Wieczorem, zakotwiczeni w gładkiej zatoce koło Kri, siedzieliśmy na pokładzie z kawą i patrzyliśmy na Drogę Mleczną. Bez świateł miasta, bez szumu – tylko gwiazdy i od czasu do czasu plusk skaczącego kałamarnicy.
Wysiedliśmy w Sorong rankiem trzeciego dnia. Bez fanfar, tylko powolne podejście do pomostu, podczas gdy mewy krążyły nad głową. Zszedłem z pokładu czując się lżejszy, z oparzonymi słońcem ramionami, uszami wciąż pełnymi wody. Raja Ampat była wszystkim, na co liczyłem – nie „marzeniem”, nie „rajem”, ale prawdziwym, dzikim i żywym. A Mermaid I, z ośmioma kabinami i spokojną załogą, była idealnym statkiem, by nas tam zawieźć.










